You are currently viewing Czy ból i cierpienie mają jakiś większy sens?

Czy ból i cierpienie mają jakiś większy sens?

Realność i barbarzyństwo potwornych zbrodni wojennych konfrontują nas z potężnym wyzwaniem, z którym w innych okolicznościach raczej nie chcielibyśmy się mierzyć. Czy całe to cierpienie ostatecznie jest bezsensowne, czy może jednak coś sensownego wynikać z tego, co przechodzimy? Jeśli mam być brutalnie szczery, odpowiedź na to pytanie zależy od tego, co uważamy nt. istnienia Boga.

Jeśli Boga nie ma, nie ma żadnego sensu w żadnym utrapieniu, które w życiu przechodzimy. Przestępstwa, cierpienia, okrucieństwo – po prostu pochłaniają i niszczą życie jednych, a omijają życie innych. Tyle. Bez rymu i powodu, jak śpiewa George Duke. A może, i to by było najstraszniejsze, nie ma sensu żyć, kierując się dobrocią, szacunkiem, moralnością czy życzliwością wobec innych. Bo, krótko mówiąc, nie ma to wszystko znaczenia. Pewien Żyd, którego większość zna jako Apostoła Pawła, zmagał się z tym dylematem blisko 2000 lat temu. Cytował greckich filozofów, twierdzących, że powinniśmy korzystać z życia dla wszelkich osobistych zysków i przyjemności, jakie tylko możemy osiągnąć, zanim nadejdzie koniec, który nadchodzi dla każdego – śmierć. „Jedzmy i pijmy”, Paweł cytował te beznadziejne intelektualne elity, „bo jutro pomrzemy” (1 Koryntian 15:32).

Ale jeśli jest Bóg, i jeśli jest On święty i dobry, i jeśli wierzymy, że Mesjasz Jeszua zapłacił cenę za nasze wykroczenia i potem powstał z martwych, i jeśli poprosiliśmy żyjącego Jezusa, by nam przebaczył, wówczas możemy z własnego cierpienia czerpać pewne pocieszenie, nawet w czasach będących wielką torturą. Możemy mieć pewną ulgę i pociechę, czerpiąc je z co najmniej czterech prawd na temat każdego nieszczęścia, które przyszło nam przeżyć.  

Pierwsza prawda jest taka, że nasze nieszczęście jest czymś normalnym, zwłaszcza kiedy jego przyczyną jest to, że nie zapieramy się wiary w Mesjasza. A więc nie potrzebujemy być zdumieni ponad miarę normalnego funkcjonowania, gdy ma ono miejsce. Apostoł Piotr, Żyd, który przeszedł przez ogromne trudy ze względu na swoją wiarę w Mesjasza, a który ostatecznie przeżył potworną, powolną śmierć z rąk rzymskich żołnierzy, napisał następujące słowa do innych żydowskich wierzących, którzy zostali wypędzeni ze swych domów, a następnie rozproszyli się po Europie i Azji Środkowej: 

„Najmilsi! Nie dziwcie się, jakby was coś niezwykłego spotkało, gdy was pali ogień, który służy doświadczeniu waszemu” (1 Piotra 4:12). 

Cierpienie jest normalne, ponieważ żyjemy nie tyle w świecie upadłym, co w świecie złym – w świecie, który otwarcie i bez wstydu znajduje się w stanie wojny z kochającym Bogiem, zabiegającym o to, by ten świat do Niego powrócił.  

Powstają królowie ziemscy i książęta zmawiają się społem przeciw Panu i Pomazańcowi jego:”Zerwijmy ich więzy i zrzućmy z siebie ich pęta!” (Psalm 2:2-3) 

Każdy, kto wierzy, że ludzkość jest albo neutralna, albo ma zasadniczo dobre serce, wybiera tak naprawdę, by zaprzeczać rzeczywistości historycznej. Ponieważ, jeśli cokolwiek wynika z dokumentacji, którą tworzy cywilizacja, można to podsumować następująco: to, co Biblia mówi o naszej ludzkiej naturze jest prawdą, a to co obiecuje filozofia i nauki społeczne odnośnie naszego ludzkiego potencjału jest niebezpiecznym kłamstwem. Nie jesteśmy zasadniczo dobrzy. Nie potrzebujemy jedynie wynaleźć właściwą formę społeczeństwa, by zaprowadzić utopijny ład.  Nie możemy polegać na nauce ani sztuce, ani technologii, licząc, że wzniosą nas one na wyżyny jakiegoś wspaniałego, oświeconego potencjału. Z natury korzystamy z nauki i technologii, by rozwijać naszą zdolność do niszczenia, a sztukę szybko zmieniamy w propagandę.

Cierpimy ból, ponieważ nieszczęście jest normą. Ale tu ważne zastrzeżenie. Jako osoby niewierzące przechodzimy cierpienie jako konsekwencję odwrócenia się od lepszej ścieżki, jaką Bóg wytyczył przed nami. Ale jako wierzący, przeżywamy cierpienie dla zysku. To jest druga prawda o cierpieniu – ale to prawda i pociecha, którymi dysponują tylko wierzący w Jeszuę. Nasze cierpienia mają cel. Tych celów jest wiele, ale wspomnę tylko o dwóch: z jednej strony nasze cierpienia służą naszemu zbawieniu – innymi słowy, Bóg wyprowadza z nich jakieś dobro. Z drugiej strony nasze cierpienia wydoskonalają nas tak, że stajemy się takimi, jakimi On nas wzywa, byśmy byli.

Bez wątpienia największy zbawczy cel cierpienia znajdujemy w męczeńskiej śmierci Mesjasza Jezusa. Prorok Izajasz zapowiedział, że błędnie założymy, że On cierpiał za swoje własne zbrodnie, ale w rzeczywistości „on zraniony jest za występki nasze, starty za winy nasze” (Izajasza 53:5). On poniósł karę, na którą myśmy zasłużyli, tak byśmy my mogli  uniknąć kary od Boga, a zamiast niej otrzymać Jego miłosierdzie. Bóg Ojciec użył ofiarnej śmierci Boga Syna, aby wyprowadzić z niej dobro odkupienia nas z wiecznego zniszczenia. A jak już należymy do Niego dzięki naszej pokucie i wierze w Jeszuę, On używa każdego utrapienia na naszej drodze jako część Jego procesu upodabniania nas do Siebie.   

Czy to znaczy, że nasze całe życie musi być opowieścią o niekończącej się męczarni? Nie, w żadnym razie! Możemy każdego dnia i w każdych okolicznościach przeżywać niezmierzoną radość. Jednak gdy te okoliczności wiążą się z trudami, mamy pewność, że trudy te są wykorzystane w taki sposób, że stajemy się bardziej jak On!

Fakt, że trudności, przez które przechodzimy, mają cel, prowadzi nas do trzeciej prawdy nt. naszego cierpienia. Ci z nas, którzy powierzyli swoje życie Mesjaszowi, otrzymali dar Jego Ducha, który żyje wewnątrz nas. A przez moc Jego Ducha możemy wytrwać. 

Nasze cierpienie jest do zniesienia, ponieważ nigdy nie dano nam więcej niż to, co jesteśmy w stanie przetrwać. „Bóg jest wierny i nie dopuści, abyście byli kuszeni ponad siły wasze, ale z pokuszeniem da i wyjście, abyście je mogli znieść” (1 Kor 10:13).

Nasze cierpienia są do zniesienia, ponieważ nigdy nie jesteśmy sami. Jezus wspiera nas. Jezus cierpi z nami. W gruncie rzeczy Jezus właściwie cierpi więcej, niż my cierpimy. 

Jezus nie obiecuje, że wyciągnie nas spośród burzy. Raczej obiecuje, że zawsze będzie z nami pośród burz, a także obiecuje, że nic nie jest w stanie oddzielić nas od Jego mocy, obecności i miłości. Paweł ogłasza, „Albowiem jestem tego pewien, że ani śmierć, ani życie…  nie zdoła nas odłączyć od miłości Bożej, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rzymian 8:38-39).

Ostatnią prawdą o naszym cierpieniu jest ta, że ono nie trwa do samego końca. Ono się kończy! Król Dawid napisał, 

Wiele nieszczęść spotyka sprawiedliwego, ale Pan wyzwala go ze wszystkich.
(Psalm 34:20).

Nasze nieszczęścia w żadnym razie nie są lekkie. Jesteśmy rozciągania aż do granic naszych możliwości. Co tragiczne, zawsze tak będzie, zwłaszcza że ataki, których doświadczamy, często następują ze względu na nasze otwarte utożsamianie się z Nim. Ale nasze cierpienia mają cel. Nasze cierpienia są do zniesienia. I nasze cierpienia się skończą. Jako wierzący w Jeszuę mamy tę wielką pociechę i to wspaniałe zapewnienie.

Jako niewierzący, nie. 

A więc tu jest wyzwanie, z którym potrzebujemy się zmierzyć. Wszyscy z nas doświadczą w swoim życiu nieszczęść. Ale czy chcemy wiedzieć i być pewnymi, że te nieszczęścia prowadzą do jakiegoś celu? Czy wybierzemy raczej, by nasza niewiara sprowadzała nasze nieszczęścia do zupełnie bezsensownego cierpienia? 

Ciekaw jestem, co o tym myślisz.

Avi Snyder

Dodaj komentarz